Wspomnienie o ...

Patrycja Kozłowska

Choć codziennie myślę o Partycji to nie jest prosto wyrazić swój ból z Jej odejścia.
Mówiła do mnie Słoneczko, a przecież to ONA była naszym SŁONECZKIEM.
W życie naszego Chóru wniosła radość, kolor, modę, wigor, młodość i urodę pięknej kobiety.
A z jaką fantazją przebierała się na bale chóralne!
Jak ciekawie redagowała gazetkę chóralna, a jak mocno wspomagała Piranie w śpiewaniu kupletów na różne okazje naszego życia.
Nawet na gitarze grała niezgorzej.
I kto nam wyliczy algorytm opłat na wyjazdy zagraniczne?
A kto teraz z takim ogromnym wdziękiem będzie spóźniał się na próby chóru!!!


Jak bardzo mi tego brakuje......

Tak, z cała pewnością była naszym SŁONECZKIEM.......

A odeszła ...... w ostatni dzień lata!

I pozostała pustka na skrzydle altów i straszny żal......

Jola Catewicz.







….. Rozśpiewanie chóru już się zaczęło, gdy lekko uchylały się drzwi i lekko spóźniona, bocznymi drzwiami wchodziła Ona....
Wszystkie głowy tenorów i basów zwracały się w jej stronę, a Ona pewnym krokiem podchodziła i zajmowała swoje miejsce.
Alty były w komplecie….
Były, bo tak już nie będzie… Pati - zawsze uśmiechnięta pełna energii, sama piękna i od zawsze związana z tym co piękne - z muzyką, śpiewem, tańcem….
Jej głęboki, aksamitny alt był podporą tej grupy głosów.
Był… Tańczyła….
Pan Muzykant grał walca, Chór śpiewał a my wirowaliśmy po scenie…
Wnosiła do Collegium Maiorum radość i energię, uśmiech i zmysłowość, a gdy czasami, podczas wspólnych wieczorów brała do reki gitarę, charakterystycznym głosem wyśpiewywała liryczne ballady o miłości, życiu, szczęściu i codzienności…
Nasza Patrycja… zatańczona, zaśpiewana, obdarzała nas przyjaźnią, optymizmem, radością życia mimo jego trudów…


Trudno pisać o Niej była, trudno patrzeć na puste miejsce po niej, trudno nie dostać już więcej od niej uśmiechu, nie spojrzeć w jej roześmiane oczy…
Czym jest me czucie?
Ach, iskrą tylko!
Czym jest me życie?
Ach jedną chwilką!

Mirek Pawelec























TREN PAMIĘCI PATRYCJI

Gdzieś na nieboskłonie,
W aniołów gronie,
Ktoś gra na trąbie,
Kto inny w bęben rąbie.
Jeden gra na fletni Pana,
Melodię miłą uchu z rana.
Drugi skrzypce wziął do ręki,
Pięknie gra, lecz przeżywa męki.
Ktoś dmie w złoty róg,
Między nimi siedzi Bóg.

Skrzypek kochał się na zabój
W bladolicej białogłowie,
Pan Bóg wystrzelił nabój,
Już żadnego słowa jej nie powie.
Skrzypek grą swą Boga prosi,
Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.
Nie danym mu było ją miłować,
Trzeba ślicznym graniem pokutować,
Za swoje i cudze przewinienia,
Tyle w życiu jest do zrobienia.

Ukochane dziecko miała,
W życiu dosyć dużo dokonała,
Tańczyła prawie jak w kabarecie,
Sami to wszystko przecie wiecie.
W chórze śpiewała wytrwale,
W altach radziła sobie doskonale.
Entuzjazmem wszystkich zarażała,
Przy tym mosty i drogi budowała.
O miłość dla siebie i syna walczyła,
I dla wszystkich była miła.

Posiadała kształty jak z nieba,
Miała to i owo gdzie trzeba.
Urodą nie wiele jej dorównywało,
Ale wszystkie te atrybuty to mało.
Miała w sobie prawdziwe „to coś”,
Na czym powinien poznać się ktoś.
Wielu jej natury się obawiało,
Jakby anioła na ziemi chciało,
Jakby sami byli jedynymi ideałami,
A jednak ludzie chodzą parami.

Pewnie świadomość przemijania,
Bardzo pobudzała jej doznania.
Bo tak się jej w życiu układało,
Jakby czegoś było mało,
Jakby chciała dużo więcej,
Wczoraj, dziś, już teraz, prędzej.
Uśmiech miała zawsze na twarzy.
Skora do figli i czytania brewiarzy.
Będzie nam jej bardzo brakować.
Było nam dobrze ze sobą żartować.

Czerpała z życia garściami,
Otaczała się koleżankami.
Z kolegami była za pan brat,
Kochał ją nie jeden chwat.
Kochana przez nich, lecz z oddali,
Chłopcy przy niej języka zapominali.
Swe uczucia wyrażała mimiką,
Naturę mając zmysłową i dziką.
Kochała siebie i wszystkich ludzi,
Niestety, nikt jej już nie obudzi.

Po rodziny i przyjaciół modłach,
Poleciała na muzyki skrzydłach,
Do krainy wiecznej szczęśliwości,
Pełnej aniołów i boskiej miłości.
Zostawiła wszystkich co ją kochają,
Teraz już bez niej żyją i śpiewają.
Puste miejsce pozostało w altach.
Kto ją zastąpi w „CMOK’a” szpaltach?
Aniołowie zabrali ją do siebie,
Pewnie weselej będzie w niebie.

Niestety!
Trębacz zadął w surmy.
Przeraźliwie, jak z tiurmy.
Płacz nad niebogą zwiastując,
Aniołom i ludziom wtórując.
Skrzypek smętnie pogrywa,
Aniołów muzyka nie porywa.
Chmury deszcze leją,
Grzmoty strach sieją,
Trwoga ludzi dotyka,
To nie ta już muzyka.

Erazm Dominiak, Szczecin, 24 wrzesień 2010r.


Damian Guziołek

Moje wspomnienie dotyczące Damiana wynika tylko z obserwacji. Zbyt mało Go znałam. Mam nadzieję, że któryś z kolegów przedstawi pełniej Jego sylwetkę podczas spotkania chóralnego.
Damian wstąpił do grona tenorów Collegium Maiorum w grudniu 2007 roku. Od razu włączył się w cykl koncertów chóru (IX Symfonia Beethovena, kolędy). Był wieloletnim chórzystą CHAPS-u, bodaj od początku lat 70-tych minionego wieku. W tym czasie również śpiewałam w CHAPS-ie, więc pozostały mi dalekie wspomnienia tamtych lat. Jego dość rzadko spotykane imię w owych czasach uchroniło Go pewnie przed jakimikolwiek ksywkami, którymi koledzy chętnie obdarzali się wzajemnie. Niewysoki wzrost nowego chórzysty prowokował ich do dowcipów, nazywali Go maminsynkiem, ale nie przylgnął do Niego żaden pseudonim. Po prostu był Damian. Ze stoickim spokojem przyjmował żarty kolegów, także wówczas, gdy bardzo wcześnie zaczął tracić włosy. Dla kontrastu zapuścił brodę i wąsy i taki Jego wizerunek istnieje od wielu lat na zdjęciach chóru, czy to CHAPS, czy CM.

Damian bardzo poważnie i z wielkim oddaniem traktował swoje uczestnictwo w chórze. Solidnie uczęszczał na próby, pełnił funkcję inspektora, którą traktował z wielką odpowiedzialnością. Pomagał Mu w tym donośny głos. Podczas spotkań towarzyskich czasami zdradzał się ze swoją umiejętnością przedstawiania rzeczywistości chóralnego życia w postaci wierszy. Był bardzo oczytany, zaimponował nam swym udziałem w teleturnieju „Jeden z dziesięciu”.
Życie z pewnością nie rozpieszczało Damiana. W czasie transformacji ustrojowej przeżył załamanie, z którego wyszedł, między innymi, dzięki pomocy braci chóralnej zorganizowanej przez naszego kolegę Szymona.
Widać było, że Damian w chórze znajduje spełnienie, że w swym samotniczym życiu dąży do przebywania jak najczęściej z grupą takich jak On pasjonatów chóralnych. Często wdawał się w dyskusje na różne tematy, lecz trudno Mu było znaleźć cierpliwych dyskutantów. Był dobrym kolegą, zawsze chętny do pomocy. Tylko czy my umieliśmy Go słuchać, czy chcieliśmy korzystać z Jego dobrych chęci? Damian przypominał mi trochę filmowego Piszczyka. Jak on szukał swego miejsca w życiu, bardziej niż inni borykał się z życiowym pechem, nie radził sobie z poczuciem odrzucenia. Zachorował. Brzmią jeszcze Jego słowa, gdy rozstawał się z nami, dziękując za wspólne dokonania, przepraszając za niestosowne zachowanie, z nadzieją, że po wyzdrowieniu będzie mógł do nas wrócić. Nie wrócił. Odszedł.

Ania Gonczaruk


Pasją Damiana, poza chórem było modelarstwo. Stworzył wiele modeli żaglowców i samolotów. Brał wielokrotnie udział w konkursach modelarskich w Polsce. Przez swoją skromność nie informował braci chóralnej o swoich zdobytych nagrodach.

Erazm Dominiak